wtorek, 19 kwietnia 2016

Moja droga do zadbanych i długich włosów


Długo tutaj nie zaglądałam, a jeszcze dłużej nosiłam się z zamiarem napisania tej notki. "Włosomaniaczką" jestem od ponad dwóch lat. Od tego właśnie czasu przykładam większą uwagę do pielęgnacji moich włosów, usilnie próbując je zapuścić i poprawić ich kondycję. Dzięki wielu blogom poświęconym tematyce włosów (Anwen, czy blondhaircare), doszłam do wniosku, że moje włosy są średnioporowate (ale skłaniają się w kierunku wysokoporowatych). 
Moje włosy miały ze mną ciężki żywot. Przeszły liczne zwroty akcji w postaci blond pasemek, włosów kruczoczarnych, a na końcu nieudanego "ombre" rozjaśniaczem.
Ale zacznijmy od początku.



Czerwiec 2009. 
Liczne występy z zespołem tanecznym w gimnazjum. Szał na prostowanie włosów i ogromne ich zniszczenia. Naturalny kolor włosów.



Sierpień 2010. 
Na chwilę przed rozpoczęciem liceum zamarzyły mi się ciemniejsze włosy... Ale nie aż tak ciemne! Drogeryjna farba, która miała być ciemnym blondem, zmalowała na moich włosach kolor czarny...


Październik 2010.
Włosy były suche, łamliwe i smętnie związane w kucyk.


Czerwiec 2012.
 Pozostałości po czarnych (miejscami brązowych) włosach zostały potraktowane farbą z rozjaśniaczem (domowe farbowanie). Nie było najgorzej, bo "ombre" nie zostało zrobione "od linijki".


Marzec 2013. 
Dzień wiosny w III klasie liceum i odrobina szaleństwa (pomalowanie końcówek włosów suchymi pastelami, nie polecam!). Przez kilka następnych tygodni walczyłam z pozostałościami różu na końcach... Efekt - suche, rozdwojone końcówki... Ale oczywiście nie przyszło mi wtedy do głowy, aby je po prostu obciąć.


Kwiecień 2014.
 Poczułam chęć zmian na wiosnę. Jak widać, zmiany nie zawsze są na lepsze... "Ombre" od linijki i do tego rozjaśniaczem. Kolor żółtka gwarantowany.


Czerwiec 2014. 
Pozwoliłam włosom rosnąć po swojemu, od czasu do czasu podcinając i wyrównując końce (dzięki Babciu!). Zainwestowałam też w pierwsze olejki do włosów i maski. Postawiłam na delikatne szampony, które nie podrażniały skóry głowy.


Październik 2014.
 Jak widać, od czasu do czasu borykałam się z "przesuszem".


Luty 2015.
 Włosy podcięte, coraz mniej nieudanego "ombre" na głowie. Miesiąc później postanowiłam drastycznie ściąć końcówki i w maju włosy prezentowały się tak:


Maj 2015. 
Była to dobra pozycja wyjściowa do rozpoczęcia zapuszczania włosów. Po "ombre" ani śladu!


Czerwiec 2015.
Jak widać, po miesiącu olejowania, nakładania masek i generalnego nawilżania dość sporo urosły i były w niezłej kondycji :)


Styczeń 2016.
Włosy wyglądają tutaj tak jakby nie ruszyły się z miejsca, ale w rzeczywistości po prostu ich skręt się poprawił :)


Marzec 2016.
Mocny skręt zaraz po umyciu włosów :)


Kwiecień 2016.
Włosy wyprostowane (pierwszy raz od dwóch lat!), aby zobaczyć jaki jest ich przyrost. Wynik jest zadowalający :)


Kwiecień 2016.
Naturalny skręt włosów w świetle dziennym. Łatwo można zauważyć, że są dłuższe :)

Kilka dobrych nawyków, które w sobie wyrobiłam: 

1. Nigdy nie śpię w mokrych włosach. Pozwalam im naturalnie wyschnąć. Suszarka już dawno odeszła do lamusa... :)
2. Związuję włosy na noc. Pozwala to na minimalizację zniszczeń włosów.
3. Moje kręcone włosy rozczesuję wyłącznie na mokro.
4. Włosy po umyciu wycieram w bawełnianą bluzkę (nie trę ich ręcznikiem).
5. Włosy prostuję sporadycznie (raz na kilka lat! :D).
6. Nie farbuję włosów (choć często chodzi mi to po głowie... :))
7. Zimą staram się nosić włosy związane w warkocz (aby minimalizować zniszczenia powodowane szalikiem, zimnem itp.).
8. "Olejuję" włosy raz w tygodniu, a po każdym myciu nakładam na nie odżywkę lub maskę.
9. Regularnie podcinam końcówki.

Jak widać - warto wrócić do naturalnego koloru włosów. Matka natura zwykle wie, co dla nas najlepsze, a zdrowe i zadbane włosy odwdzięczą się nam długością :)
Moja przygoda z pielęgnacją włosów jeszcze się nie kończy i nadal dążę do wymarzonej długości i kondycji włosów.

3 komentarze:

  1. Hej ja też nigdy nie suszę włosów, ale związanie ich na noc kończy się masakrycznym sianem a one same nie nadają się wówczas do niczego. Ostatnio zaczęłam używać produktów aloesowych, maski toskańskiej i wcierki z rzepy, ale moim zdaniem nic tak nie pomaga włosom jak olaplex u fryzjera. Myślę że ten zabieg pomógł by Ci w kwestii puszenia się Twoich włosów, bo pomimo zabiegów są bardzo sianowate (co niestety jest zmorą wielu z nas). Dobrze, że skończyłaś z z ombre bo włosy wyglądały komicznie, jak zamoczone w farbie ale właśnie na tym zdjęciu (gdzie masz wyprostowane włosy) widać jak w rzeczywistości są zadbane! Wszystko jednak ukrywa twój naturalny skręt, który nie wygląda zbyt korzystnie. Ja kręcę włosy lokówką już 5 lat a są w bardzo dobrym stanie i sięgają za moje łopatki. Moim zdaniem przy dobrej np. tytanowej prostownicy, nie powinnaś się bać ich prostowania, bo w takiej formie wyglądają najlepiej!
    Powodzenia dalej;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, ale jestem zbyt leniwa, żeby je codziennie prostować :D A co do olaplexu - to z tego co czytałam, efekty nie są zbyt długo widoczne, więc nie będę nawet z tym zaczynać :)

      Usuń